Sinusoida w życiu aktora

Cezary Łukaszewicz to młody aktor z poznańskiego Teatru Nowego. Starsi koledzy po fachu mówią o nim zdolny, niepokorny. I mają ku temu powody. W roku 2009 pan Czarek zdobył Srebrną Maskę, nagrodę Stowarzyszenia ?Loża Patronów Teatru Nowego?, za rolę w spektaklu pt. ?Don Juan?. Nie ma żadnych rodzinnych koligacji ze znanym aktorem Olgierdem Łukaszewiczem. Dziś bezkoligacyjnie opowie nam o tym, czym dla niego jest aktorstwo i jak wciąż się go uczy, ale już nie w szkole, tylko w prawdziwym teatrze.

Pan Czarek uczciwie ostrzegał mnie na początku naszego spotkania, że kiedy czuje się dobrze, a tak właśnie było mu w rozmowie ze mną, zawsze bardzo się rozgaduje. Ale w to mi graj… Pytałam o różne rzeczy. Oto aktorsko-reżyserskie wyjątki z naszej rozmowy.

W 2004 roku ukończył Pan warszawską Akademię Teatralną. Czy Pana stosunek do zawodu zmienił się od tego czasu?

Tak. Ja kiedyś myślałem, że w aktorstwie trzeba po prostu mocno wczuć się w rolę i miałem takie bardzo behawioralne podejście do sprawy. Natomiast teraz myślę, że oczywiście bardzo ważne jest zrozumieć emocje danej postaci i motywacje jej zachowań, ale aktorzy raczej opowiadają daną historię. My nigdy przecież nie będziemy tak naprawdę granym przez nas bohaterem, bo w końcu byśmy zwariowali. Teatr to po prostu dialog z widzem, w którym gdzieś tam tkwi cudzysłów. My zawsze będziemy tylko aktorami, którzy próbują jak najmocniej wczuć się w emocje granej postaci i motywacje jej działania. Ostatnio to właśnie daje mi osobiście dystans, który konieczny jest do tego zawodu.

Aktorstwo i Koszykowka

Wiem, że jest Pan wielkim fanem koszykówki. Dlaczego nie został Pan koszykarzem?

Ja przez osiem lat trenowałem dość intensywnie koszykówkę. Zaczęło się to w podstawówce, a ćwiczyłem do piętnastego roku życia. Kiedyś, chyba miałem wtedy czternaście lat, zdobiliśmy nawet brązowy medal Mistrzostw Polski Koszykówki Kadetów. I nie wiem czy byłbym koszykarzem, byli lepsi. Ja byłem tylko małym, bardzo szybkim rudzielcem, straszną zadziorą, która denerwowała innych. Poza tym drużyna po prostu się rozpadła, trener gdzieś odszedł, tak samo najlepsi zawodnicy. Jeden kolega tylko gra gdzieś w pierwszej lidze koszykówki.

Czyli to granie ludziom na nerwach doprowadziło koszykarza na sceny teatralne, tak?

Nie do końca, choć dla mnie ten sport ma dużo wspólnego z teatrem. Myślę, że aktor powinien być jak rozgrywający w koszykówce, bo na boisku jest to osoba czujna, która ma piłkę, i ponieważ ma też oczy wkoło głowy, widzi wszystko. Ona jest poza tym prawą ręką trenera. Z reguły ma też piłkę i decyduje czy rozprowadzać ją wolno, czy szybko. W ten sposób jakby trzyma rytm spotkania.

Aktor i rozgrywający w koszykówce mają podobne role?

Ja uważam, że aktor powinien być na scenie jak rozgrywający na boisku. Jest współodpowiedzialny za rytm spektaklu.

Aktorstwo i narcystyczne koty

Czym dla Pana, bez sportowych skojarzeń, jest aktorstwo?

To stawianie siebie w jakiejś wyimaginowanej sytuacji, historii, czasie. Możesz być np. mordercą, który wyciera właśnie krew z noża po zarżnięciu kolegi z pracy, albo człowiekiem, który przeżył katastrofę lotniczą i otoczony martwymi ciałami współpasażerów jest teraz coraz bardziej głodny, a pomocy wciąż nie widać. Aktorstwo to zawód, w którym można uzewnętrzniać swoje całkowicie wewnętrzne emocje i cieszę się, że udało mi się je znaleźć. Bo tak naprawdę to ja jestem taki wahadłowy: czasem bardzo smutny, czasem bardzo wesoły. Aktorstwo daje mi szanse na pokazanie tych emocji, mojej nadwrażliwości. A poza tym można przeżyć kilka żyć w jednym, swoim życiu i nie brać za to zbyt dużej odpowiedzialności.

To lepiej niż czarny kot, który ma ponoć siedem żyć.

Tak, bo my, ludzie, składamy się z dobra i zła. Kiedy grasz postać negatywną, mordercę, zawsze możesz wyrzucić, wypchnąć z siebie te niedobre emocje na scenie nie robiąc nikomu krzywdy, a potem wrócić do domu i być kochającym mężem, czy dobrym synem. Moim zdaniem wcale nie jesteśmy tacy sami i każdy człowiek ma wiele różnych osobowości. Uważam, że stanowimy ich zlepek i największą sztuką jest je połączyć w jedną całość. Ja tę moją potrzebę bycia innym mogę realizować na scenie, a nie np. przebierać się w jakieś damskie ciuszki i przechadzać nocą po domu albo gdzieś po parku. A najlepsze w tym jest to, że jeszcze dają mi za to pieniądze.

Zatem potrzeba gry tkwi w każdym człowieku?

Można tak powiedzieć. Ale jednocześnie zawód aktora to taka sinusoida. Nigdy nie możesz czuć się bezpiecznie. I tu poradzić sobie można np. myśląc, że jak jesteś na dole to nie jest aż tak źle, bo zaraz będziesz na górze, a jak jesteś na górze, to też nie podniecaj się zbytnio, bo zaraz będziesz na dole. To poszukiwanie jakiejś takiej harmonii i dystansu do siebie samego, żeby się za bardzo nie dołować, jeśli się jest na dole, ale też za bardzo nie być w euforii, jeśli się jest szczęśliwym.

Mamy pamiętać o tym, co może zdarzyć się za chwilę?

Tak, tylko że to też jest chyba jakiś błąd, bo sztuką życia jest właśnie cieszenie się i bycie tu i teraz. Tymczasem ludzie tego raczej nie potrafią, bo albo są gdzieś w przeszłości, albo myślą tylko o przyszłości. A wracając do aktorstwa, to my, aktorzy, chcielibyśmy po prostu być zawsze, i w przeszłości i w przyszłości, lubiani i doceniani przez naszą publiczność. Zarówno w środowisku, jak i przez ludzi, którzy przychodzą nas oglądać.

Trochę narcystyczne podejście do sprawy…

O zawodzie aktora kiedyś ktoś ładnie powiedział, że jesteśmy malarzem i płótnem. Bo to nie jest tak, że my malujemy obraz, wystawiamy go na ścianie i on jest oceniany z zewnątrz, tylko ludzie oceniają nas równocześnie jako malarza i płótno. Stąd w aktorach jest taka raczej duża potrzeba akceptacji, może rzeczywiście trochę narcystyczna. Dlatego czasem, aby zdystansować się do tego zawodu, poszukujemy harmonii w sobie samym.

Kim więc jest aktor?

Przede wszystkim to żywy człowiek, trochę narcyz, który na scenie zawsze może się pomylić, a najlepsze i najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, jak się potem z tego wychodzi i dalej kreuje grę.

Aktorstwo i nagrody

Jest Pan dobry w tym wychodzeniu, porozmawiajmy więc o nagrodach. W roku 2009 otrzymał Pan Srebrną Maskę za rolę Sganarela w ?Don Juanie?. Czym ta nagroda była dla Pana?

Byłem przede wszystkim niesamowicie zdziwiony i zaskoczony, bo to moja pierwsza nagroda w życiu. Najważniejsze było to, że po premierze ?Don Juana? podchodzili do mnie ludzie i mówili dużo dobrych, ciepłych i pozytywnych słów. Powiem, że bardziej nie chodzi tu o samą nagrodę, ale, że to, co robisz ma jakiś odbiór. Ty biegasz, skaczesz, latasz po scenie, czasami płaczesz i krzyczysz, a później to przynosi efekty. Jak odbierałem tę nagrodę to nie wiedziałem, co mam mówić.

Teraz już by Pan wiedział?

Chyba tak, bo w ?Don Juanie? to naprawdę jest tak, że czuję na sobie oddechy widowni, bo jestem prawie cały czas na scenie i to wystarcza, aby się z tą widownią złączyć i być razem, choć ja tego tak do końca nie potrafię wytłumaczyć. To jest uzależniające i narkotyczne wręcz. A jeśli wchodzisz na scenę na pięć minut, aby zagrać jedną, czy dwie sceny, po prostu nie czujesz za wiele.

Aż tyle może dać publiczność?

Ja kiedyś, przez dwa lata, miałem dziewczynę muzyka i wiem, że po koncercie to jest tak, że ludzie do ciebie podchodzą oczarowani, dziękują i mówią, że ta twoja gra coś im dała, i wtedy oni tak jakby zwracają ci energię, którą ty włożyłeś w tę grę. I tego zazdroszczę trochę muzykom, bo w teatrze nie można tego tak bardzo wyczuć. Teatr to rozrywka taka bardziej intelektualna i nie ma tak, że ty dobrze grasz, a ktoś ci to właśnie krzyczy z widowni. Tymczasem taka pochwała bardzo dowartościowuje. Każdy aktor tego potrzebuje, musi się czuć doceniony z zewnątrz, wiedzieć, że jego praca idzie w dobrym kierunku.

Aktorstwo i premiery

Trwają teraz próby do nowej sztuki pt. ?W sobotę o ósmej? w reżyserii Mariusza Puchalskiego. Co może mi Pan powiedzieć o jej premierze 24 kwietnia?

Gra nas tam w sumie jedenaście osób. Facetów jest sześciu i każdy gra człowieka o innej narodowości. Ja jestem Chorwatem i mówię nawet parę zdań po chorwacku. Ale na tym etapie sztuka premierowa jest jeszcze tajemnicą.

Porozmawiajmy więc trochę o Mariuszu Puchalskim. Jak układa się Panu z nim współpraca?

Wspaniale mi się z nim pracuje. Myślę, że on wie, czego chce, a to jest, tak mi się wydaje, bardzo ważna cecha u reżysera. I mówię to, chociaż tak naprawdę ja rzadko jestem z nim na próbie. Moja rola jest naprawdę niewielka. Jednak bardzo przyjemne są próby z Mariuszem, zresztą wszystkie próby. My w tym sezonie mamy naprawdę niewiele premier, więc w teatrze panuje teraz taki prawdziwy głód pracy. I bardzo miło jest wstawać rano i czuć, że chce się do tej pracy iść, na próbę z Mariuszem. I to nawet, pomimo tego, że my tam również tańczymy, a taniec nigdy nie był moją najmocniejszą stroną.

Aktorstwo i pokora

Nie wiem, czy Pan wie, ale ma opinię niepokornego. Co Pan na to?

Nie jestem najgrzeczniejszy na świecie, ale myślę, że jest mi to potrzebne do tego, aby pobudzić w sobie najgłębsze emocje. Nie można na wszystko tak potulnie się zgadzać, bo wtedy traci się swoje własne zdanie. Fakt, jestem trochę niepokorny, ale jeszcze trzy, cztery lata temu byłem taki w większym stopniu.

Nagle zrobił się Pan słownikowym przykładem człowieka pokornego?

Nie, na pewno nie. Teraz nadal jestem niepokorny, ale taki raczej stonowanie niepokorny. Myślę, że ten brak pokory gdzieś tam trzeba w sobie hodować, ale nie może to być skierowane przeciw partnerom i innym ludziom na scenie. Bo takie nie zgadzanie się na coś daje motywację, ale poza tym trzeba jeszcze umiejętnie porozumiewać się z ludźmi w pracy, a nie obrażać się, rzucać krzesłem i wychodzić.

Aktorstwo i marzenia

Pana wymarzona rola.

Chciałbym zagrać Jagona w ?Otellu? Szekspira. To wspaniała postać do zagrania. Szczyt zazdrości, nienawiści i zemsty muszą przecież skądś wypływać. Zrozumieć motywacje tego człowieka to jest coś. Również dlatego, że przy okazji starasz się zrozumieć siebie samego, zadajesz sobie pytania, kiedy ty byłbyś zazdrosny i co prowadzi ciebie do wybuchów tej zazdrości. To wspaniałe zadanie domowe.

Odrobiłby je Pan celująco?

Myślę, że udałoby mi się go zrozumieć, bo już w szkole trochę otarłem się o tę sztukę. Ja mam takie bardzo analityczne podejście do robienia roli. Może trochę psychologiczne. Myślę, że najpierw trzeba ją zrozumieć. To pierwszy etap tego zadania domowego. A tak w ogóle znacznie ciekawsze są motywacje postaci złych, np. Jagona, czy seryjnego mordercy. Trzeba go tak zagrać, żeby widz mu współczuł, zrozumiał go. Aktor w pewnym sensie powinien też jakby usprawiedliwić tego człowieka, bo przecież ktoś musiał go wcześniej w dzieciństwie, tak skrzywdzić, że on teraz krzywdzi i mści się na innych.

A nie mogą to być krzywdy wieku dorosłego?

Pewnie mogą, ale wszyscy jesteśmy też ofiarami swoich rodziców.

x

Zobasz także

15. MFF WATCH DOCS

Od 20 do 25 października we Wrocławiu odbywać się będzie się 6. American Film Festival. ...