Porozmawiać z Misiem Uszatkiem

W spektaklu ?Obsługiwałem angielskiego króla? w Teatrze Nowym gra Miś Uszatek bez przyklapniętego ucha. Przynajmniej ja tak odbieram Michała Grudzińskiego, starszą wersję głównego bohatera sztuki. I mam nosa – ludzie naprawdę nazywają pana Michała ?Misiem?. Pomyślałam sobie, że miło by było mieć teraz za ofiarę wywiadowczą zwierzaka. Spotkaliśmy się w knajpie w piwnicy teatralnej. Na wstępie pan Michał pokazał mi jak mam kłaniać się przed jego kawiarnianym zdjęciem. Hmm, no to sobie porozmawiamy…
Dobrze Panu w misiowej skórze?

Powiem krótko: dobrze.

A lubi Pan Misia Uszatka?
Tak naprawdę, to trudno mi powiedzieć. Nieraz spotykam się z nim właśnie poprzez siebie ? nie tylko Pani widzi we mnie Misia Uszatka ? zatem dlaczego mam go nie lubić? On nie zrobił mi nic złego i w końcu jesteśmy kuplami: on jest Misio i ja jestem Misio, więc chyba się lubimy. Musimy się lubić, oboje, bo to musi płynąć z obu stron.

To dlatego jest Pan do niego tak podobny?
Chyba nie do końca. Chociaż tak w ogóle jest to bardzo sympatyczna i ciepła postać. Przeżywa też wiele różnorakich przygód. Ja kiedyś czytałem dla dzieci ?Przygody Misia Uszatka?, bo kiedy sam byłem mały, to jeszcze go nie było ? został wymyślony później ? i pamiętam, że jest też nadzwyczaj edukacyjną postacią i dzieci naprawdę wiele mogą się od niego nauczyć. Także teraz, po zastanowieniu, uważam, że Miś Uszatek jest bardzo w porządku.

Czy Pan także przeżywa wiele przygód?
Nie, raczej nie, ale ja po prostu nie za bardzo mam na nie czas w tej chwili.

Tęskni Pan za tym?
A bo ja wiem? Dla mnie każde przyjście do teatru jest już przygodą. I muszę przyznać, że w starszym wieku właściwie nie tęskni się już za przygodami.

Skoro tak, to czy przyjście na ten wywiad też jest przygodą?
Tak, to jest przygoda. Dodam, że bardzo sympatyczna.

No to ja czuję się zaszczycona, ale wróćmy do pytań. Są ludzie, którzy umieją ruszać uszami. Czy Pan umie przyklapnąć sobie ucho?
Wiem, że są tacy ludzie, ale ja niestety nie umiem. I bardzo żałuję z tego powodu. Kiedyś nawet chciałem się nauczyć, bo kolega tak pięknie ruszał uszami. Nie wyszło. Chciałem więc chociaż jednym. Też mi nie wyszło i jakoś tak sobie nie umiem.

Widać nie wszystkie Uszatki przyklapują sobie ucho.
A wie Pani, tu u nas w teatrze od dwóch już lat jest drugi Michał. Nigdy wcześniej nie było, a teraz jest. I ja uważam, że to skandal! On powinien pojawić się dopiero po mojej śmierci, a tu już teraz jest ktoś młodszy, kto próbuje mnie zastąpić. Tymczasem nie ma drugiego Uszatka i koniec. Mówiąc szczerze to nawet nie wiem, czy on ? ten drugi Michał – ma uszy. Ma długie włosy i nie widać. A nawiązując do tego machania uszami, to myślę, że Misie w moim wieku po prostu już tego nie robią, bo one w ogóle ledwo się ruszają.

Otrzymał Pan wiele nagród teatralnych i filmowych, a także kilka odznaczeń – państwowych i miejskich. Co jest lepsze?
One dają mi przede wszystkim dużo satysfakcji. Nie mogę powiedzieć, że one mnie nie radują, jak mówią niektórzy, że mają to gdzieś i dla nich to nie jest ważne. Myślę po prostu, że kłamią ? każdy w jakimś stopniu jest łasy na takie rzeczy, nawet mimo tego, że będzie później udawał, że go to wcale nie obchodzi. Mnie nagrody, wszystkie, sprawiają ogromną przyjemność i mam nadzieję, że jeszcze coś mi skapnie.

A co jest lepsze ? nagrody z teatru czy te od państwa?
Widzi Pani, nagrody teatralne czy aktorskie sprawiają więcej satysfakcji z dobrze wykonywanego zawodu. Odznaczenia państwowe czy też miejskie natomiast przynoszą zupełnie inną radość ? bardziej osobistą. One pokazują, że nie tylko widzowie, ale również urzędnicy dostrzegają i doceniają moją obecność i aktywność w świecie teatralnym.

Pana debiut teatralny wydarzył się w styczniu 1971 roku. Jest Pan już 40 lat na scenie. To kawał czasu. Jak się Pan z tym czuje?
Mój debiut to Sekretarz w ?Ptaku? Jerzego Szaniawskiego i to było tu – na deskach Teatru Nowego, chociaż wtedy oficjalnie grałem jeszcze w Teatrze Polskim. Po prostu jedna dyrekcja obejmowała wówczas dwie sceny w Poznaniu ? Nowy i Polski. Choć tak naprawdę to ja zaczynałem rok wcześniej, bo przed oficjalnym debiutem grałem już parę razy w zastępstwie zaraz po studiach.

Był benefis z okazji tego 40-lecia?
Nie, jeszcze nie, ale biba jako taka będzie na pewno – ja lubię jubileusze. Zresztą dyrektor Teatru Nowego zadecydował, że stanie się to w marcu. Wtedy w Dzień Teatru ? 27 marca – będzie też Dzień Michała Grudzińskiego.

TELEWIZYJNIE

Jest taki program TVP3 ?Wielkopolski dzień. Kalendarium?, a Pan go prowadzi i codziennie wciela się w inną postać ważną dla Wielkopolski. Może Pan powiedzieć o tym coś więcej?
Ja bardzo cieszę się na ten program. On jest nadzwyczaj krótki i, jak Pani mówiła, każdego dnia wcielam się w nim w inną postać ważną dla Wielkopolski. Jest już nagranych 300 odcinków, a zostało mi chyba 64, bo to na każdy dzień roku. Poza tym zdaje się, że udaje mi się łapać charakter tych postaci, bo jeszcze na planie oglądam w kamerze efekty mojej pracy i one mi się podobają. Zresztą słyszę zewsząd, że program się podoba.

To chyba najważniejsze?
Pewnie. Ostatnio, wczoraj czy przedwczoraj, tankowałem na stacji paliwo, a tu taki mały, może 3-letni chłopczyk podszedł do mnie, popatrzył w górę i powiedział: dzień dobry Panu, zawsze oglądam te postacie. Mamie się też podoba. Wtedy ja spytałem: Kalendarium, tak? A on odpowiedział po prostu: Chyba tak.

I co wtedy?
Natychmiast kupiłem mu czekoladę, podziękował i powiedział: ale zjem w domu. Także nawet dzieci oglądają ten program, powtarzam więc, że bardzo się z niego cieszę.

Czy to Pana autorski program?
Nie, pracuje nad tym cała ekipa. Chociaż można powiedzieć, że ja daję mu twarz, bo zawsze wprowadzam w program i na początku jest taka scenka rodzajowa, w której gram czy to archeologa, czy to naukowca, czy wojskowego. Ten program jest edukacyjny, więc dla dzieci jak znalazł. Chociaż może jeszcze nie dla 3-latków, bo nic nie zapamiętają., ale oglądać mogą ? niech patriotyzm lokalny w nich się rozwija.

Zatrzymajmy się na chwilę przy serialach. W ?Świecie według Kiepskich? miał Pan kilka ról w kilku odcinkach. W ?Na dobre i na złe? grał pan stale ojca Zosi, Andrzeja Stankiewicza. Co jest lepsze?
To jest bardzo różne. W ?Kiepskich? postaci są bardzo charakterystyczne ? najczęściej gram tam jakiegoś biskupa lub księdza. Po prostu jestem tam dyżurną osobą duchowną, chociaż bywam też profesorem. Najczęściej zwariowanym. Rola w ?Na dobre i na złe? natomiast była taka, że w zasadzie nie można w niej było znaleźć nic. Ona była mało odkrywcza i po prostu nudna. I dlatego nie da się tego porównać.

Może jednak Pan spróbuje?
Cóż, dla mnie bardziej interesujące są te postaci, w których mogę znaleźć coś charakterystycznego, jak w ?Kiepskich?. Natomiast w ?Na dobre i na złe? byłem po prostu sobą, a ja sobie jestem dobrze znany. Ale w serialach najczęściej sprzedaje się siebie. To jest tak jak mówiła Emilia Krakowska ? ona też grała w ?Na dobre i na złe? ? kiedy gdzieś tam siedzieliśmy razem i oglądaliśmy nazwiska aktorów, którzy w filmie grają albo grali: no zobacz, nic tylko prawdulka.

Co to znaczy?
Wtedy ona tak trochę z ironią mówiła o takiej prawdzie, do której nie trzeba nic więcej dodawać, nic grać, bo takie właśnie najczęściej są seriale. Bardzo nudne byłoby aktorstwo, gdyby polegało ono nie na graniu jakichś postaci, tylko na tej prawdulce Emilii Krakowskiej. Większość młodych aktorów teraz sprzedaje siebie właśnie w ten sposób. Mówią wtedy o sobie, że grają jak w życiu. Tymczasem w teatrze wcale nie jest tak jak w życiu.

Ale, Panie Michale, ?aktorzy” w serialach bardzo często są ludźmi wziętymi ?z ulicy?.
Tak, racja. Święta prawda. I wie Pani, ja największą radość mam w teatrze, w tych charakterystycznościach.

A jak czuje się nie żyjący już Andrzej Stankiewicz, jeśli serial dalej jest kręcony?
Ale zaraz, zaraz – on umarł na moje życzenie. Kręcenie serialu było dla mnie po prostu zbyt uciążliwe ? często było tak, że po zdjęciach w Warszawie, na które jechałem z Poznania o 2, 3 w nocy pociągiem, musiałem szybko wracać, bo wieczorem grałem rolę w spektaklu. Po prostu spytałem kiedyś scenarzystów, czy by mnie nie uśmiercili, a oni się zgodzili. Zresztą chyba i tak nie za bardzo mieli pomysł na tę postać. Także w tym akurat wypadku nie żyjący już Andrzej Stankiewicz czuje się doskonale.

Naprawdę?
Tak. Zaraz po śmierci zrobiłem sobie nawet badania kontrolne na wszystko i okazało się, że jest jako tako.

TEATRALNIE

Wyłamał się Pan z normalnego życia aktorskiego i nie jeździł po całej Polsce zmieniając teatry jak rękawiczki. Po studiach trafił Pan do Poznania i tak już zostało. Dlaczego?
Bo ja po prostu poczułem miętę do tego miasta i prawdę mówiąc to raczej niedobre. Aczkolwiek jest to podyktowane również wieloma jeszcze innymi sprawami, które nadają się na inny wywiad. Może powiem tak: moja mama pochodzi z Poznania, a poza tym namówił mnie trochę, jeszcze w szkole, mój mistrz Jan Świderski. Powiedział tak: pojedziesz np. do Poznania, pograsz trochę, potem wrócisz do Warszawy i będziemy razem w teatrze…

Ale w końcu wolał Pan zostać w Poznaniu?
Nie, wtedy naprawdę marzyło mi się, żeby być jego asystentem, ale on umarł, nagle w sumie. Ja nie miałem więc dokąd wracać, machnąłem ręką i tak już zostało. I muszę powiedzieć, że bardzo cenię sobie to, że jestem tu. Można powiedzieć nawet, że mam już w Poznaniu swoją publiczność. Nie tylko dziecięcą, jak przez to ?Kalendarium?.

Chyba bardzo to miłe?
Oczywiście. Kiedyś nawet zemdlałem i przewróciłem się na scenie. Przerwali spektakl, mimo że ja chciałem grać dalej, wezwali nawet pogotowie, bo to nigdy nie wiadomo. A mnie ucieszyło w tym wszystkim najbardziej to, że później przez kilka dni dzwonili do teatru ludzie z miasta i pytali jak się czuje Michał Grudziński. Wtedy powiedziałem sobie raz jeszcze, że to moje miasto, i że naprawdę warto żyć.

Chciałby Pan umrzeć na scenie Teatru Nowego jak Tadeusz Łomnicki?

Miło było by umrzeć na scenie. Na pewno. Tylko że widzi Pani, on wtedy przyjechał na chwilkę do Poznania, do naszego teatru, przewrócił się ? można powiedzieć, że przy mnie, bo ja byłem wówczas w kulisie ? umarł i od razu cały teatr nazwali jego imieniem. Także ja, niestety, nie mam już takiej szansy. Dlatego wolałbym umrzeć w garderobie, żeby chociaż ją nazwali moim imieniem.

A może chciałby Pan mieć zaułek jak Krystyna Feldman?
Ale tu, w okolicy Teatru Nowego nie ma już wolnego zaułka. Krysia była pierwsza i zacharabciła go sobie. Dodam jeszcze, specjalnie dla Pani, jak pocieszała mnie na pogrzebie Krysi Iza Cywińska. Mówiła: nie martw się, jak ty umrzesz, to ulicę zamkną. Także liczę też na to, że może i jakiś zaułek znajdą.

Podobno portret pana ojca Romana wisi w Muzeum Narodowym?
Wisiał przed wojną, a teraz wisi u mnie w salonie. To jest ogromny portret postaci w rozmiarach prawie naturalnych w bardzo dużej ramie.

To jak, Muzeum tak zwyczajnie oddało Panu obraz?

Nie, nie. Ojciec wziął, ale to było przed wojną i w sumie nie wiem jak to się stało. Wiem natomiast, że pierwotnie była to własność profesora Chmury, malarza, który miał wówczas wystawę w Muzeum Narodowym. Potem ojciec ten obraz odkupił albo po prostu dostał. Teraz obraz jest u mnie i ja się z nim szwendam z mieszkania do mieszkania.

O, czyli mieszkania Pan zmienia, nie to co teatry?
Nie zmieniam teatru, bo teatr to mój drugi dom.

A mieszkania nie są domami?
Mieszkanie dla mnie jest takim miejscem, w którym słyszę jak mój sąsiad za ścianą robi siusiu. Dom natomiast to jest drzewko za oknem, ptaszki, słońce i czasami jelonek…

Ale Panie Michale w Teatrze Nowym nie ma drzewek za oknem.
Widzi Pani, w Teatrze Nowym, właściwie jest wszystko. Bo to jest teatr. Mogę wymyślać sobie różne rzeczy ? i ptaszki, i słońca, i dom, i mieszkanie, i ludzi dobrych i złych, mogę być bogaty i biedy, mogę być czymkolwiek chcę. Bo to jest teatr.

Czy w pracy nad rolą ważniejszy jest aktor czy reżyser?
Wie Pani, oni muszą ze sobą współgrać. Ja np. nie lubię być zwykłym odtwórcą i staram się zawsze znaleźć z reżyserem wspólny język, nieraz się więc kłócimy. Nie lubię reżyserów, którzy upierają się przy swoim uważając, że tylko oni mają rację. Oni muszą najpierw mnie przekonać do ich spojrzenia na postać. Wtedy jest dobrze.

To dlaczego zmienia Pan czasami końcówki w wyreżyserowanych już przez kogoś spektaklach granych przez siebie?

Nie, ja nie robię tego specjalnie. Ostatnio, zagrałam trochę inaczej Żewakina, lejtnanta marynarki w ?Ożenku? Mikołaja Gogola i w ostatniej scenie nie płakałem. Chciałem po prostu wzruszyć mądrego widza ? on przecież wiedział, że ten Żewakin cały jest rozklejony, bo po raz 17 dostał kosza – nie chciałem podawać mu tych łez jak na tacy. Zresztą, kiedy pracowaliśmy nad spektaklem, byłem za taką końcówką, ale reżyser przekonał mnie do płaczu, bo czasami trzeba widzom odsłonić absolutnie wszystko.

Liczy Pan, że do teatru przychodzą mądrzy ludzie?
Tak, przynajmniej w większości. Ja nawet przychodzę za każdym razem jakąś godzinę, półtorej przed spektaklem, czytam sobie jeszcze raz tekst sztuki i szukam co by tu wciąż można poprawić, czy zmienić. Chcę, żeby sztuka żyła aż do zdjęcia z afisza. Nie lubię przed spektaklem np. grać w kości czy wypalać papierosa ? zresztą ja nie palę – potem wejść na scenę, odbębnić swoją pracę i później zwyczajnie sobie pójść. Ja tak nie umiem, chociaż może krzywdzę tu innych, bo nie wiem co oni naprawdę robią w tej palarni.

Łatwiej Panu grać dramat czy komedię?
Dramat zawsze przynosi więcej satysfakcji. Przynajmniej ja tak myślę. Mój mistrz Jan Świderski powiedział kiedyś, że mam taką łatwość komediowania. Nie chcę jednak, żeby tak mnie klasyfikowano, bo jeśli potem zagram pięknie w jakimś dramacie, to wszyscy odkrywają mnie na nowo i są zachwyceni, wciąż słyszę jakieś ?achy? i ?ochy?…

To pewnie dlatego, że z kolegą Andrzejem Lajborkiem od lat robicie kabaret…
Tak, rzeczywiście występujemy razem na estradzie, w kabareciku. Jednak większą radość przynosi mi dobrze zagrany dramat.

Z tego wynika, że we wszystkim jest Pan dobry.
A wie Pani? Ja nie pamiętam właściwie, żebym położył jakąś rolę. Przynajmniej nie spotkałem się nigdy z taką silną krytyką mojej osoby, jako aktorem.

Twierdzi Pan, że zawsze stara się bronić swojego bohatera, ale tak robią wszyscy aktorzy – np. Piotr B. Dąbrowski bronił w wywiadzie swojego Wolanda z ?Mistrza i Małgorzaty? (tutaj). Czy aktor nie może grać postaci od początku do końca złej?

Może grać oczywiście. Tylko widzi Pani, bronić to w ogóle trzeba na scenie i zła i dobra. Chociaż może raczej należałoby w przypadku zła, to zło usprawiedliwić – bronić to bardzo ogóle słowo. Nikt nie rodzi się od razu zły, a jeśli potem jest zły, to gdzieś tu tkwi przyczyna. Trzeba ją znaleźć w materiale sztuki i pokazać publiczności. A bronić tak w ogóle trzeba wszystkiego co się robi i to nie tylko w aktorstwie.

EGZYSTENCJALNIE

Jak smakowała jajecznica z 15 jaj, którą ponoć robił Panu wujek, gdy był Pan jeszcze dzieckiem?
Tak, wujek Antoni Kruk robił mi taką jajecznicę, chociaż raczej robiła ją jego gosposia. Smakowała dobrze, zwłaszcza że to nie były same jajka. Zawsze bowiem miały jakąś mięsną wkładkę.

A w ogóle zjadał Pan te 15 jaj?
Chyba tylko oficjalnie. Część wyrzucałem, jeśli wujek akurat wyszedł z pokoju. W ogóle cały czas kombinowałem strasznie gdzie i jak pozbyć się tej jajecznicy. Pamiętam nawet, że kiedyś podniosłem jakiegoś kwiatka w doniczce razem z ziemią i tam zapakowałem trochę. Roślinka rosła potem jak na drożdżach. Jajecznych, oczywiście.

A wujek się nie zorientował?
Nie, nie. Na szczęście.

Podobno znał Pan Starego Marycha, któremu ktoś niedawno podpalił zimowe ubranko. Co Pan o tym myśli?

To jest wandalizm i idiotyzm, ale niestety teraz widzi się tego coraz więcej. Chamstwa też jest dużo. Mam tylko jedno na to określenie: świat schodzi na psy. I tyle.

A co myślałby Stary Marych, gdyby żył?

Widzi Pani, on na pomniku ubranie już ma. Ma nawet rower i modną myckę. Jemu na pewno zimno nie jest. Kto wie, może sam nawet zadzwonił i poskarżył się: zdejmijcie ze mnie to futro, bo mi tu gorąco?

Stary Marych w ubraniu i z rowerem


Lubi Pan spokojne miejsca. Tymczasem teatr trudno nazwać czymś takim – na spektakl przychodzi wielu ludzi, a w atelier oni na pewno spokojni nie są. Pan lubi ten spokój na zasadzie przeciwności?

Tak, stanowczo. Ale w teatrze przede wszystkim to ja lubię tę atmosferę. Ona jest dla mnie prawdziwym tlenem. Jak tego nie mam przez jakiś czas, to czuję się źle. Również stanowczo. Ja po prostu jestem chory na teatr.

O, mamy nową jednostkę chorobą.
Tak, bo ja w życiu nieraz wytwarzam sobie nawet takie sytuacje teatralne, kiedy mogę sobie pograć. I podkreślam, że wtedy ja się nie wygłupiam, tylko gram, choć większość ludzi wokół, wszyscy właściwie mówią o mnie, że się wygłupiam, ale to nieprawda.

W którym miejscu kończy się dla Pana scena?
Cóż, ja po prostu właśnie taki – grający cały czas – jestem i choć scena kończy się dla mnie, gdy z niej schodzę, to w życiu, jak już mówiłem, czasami wytwarzam sobie takie sytuacje teatralne. Np. wchodzę do apteki i mówię jak stary pijak: pani magister, czy denaturat w setkach już jest? Wtedy ludzie patrzą się na mnie dziwnie, bo kto to przyszedł? Pani magister spokojnie odpowiada: nie, jeszcze nie. Ale jest zamówiony. Wtedy ja pytam: a prezerwatywy XXXXXL są. Babcie patrzą przerażone, a ja wychodzę.

Tak zwyczajnie?
Lekko się zataczając, ale spokojnie. To takie małe sytuacyjki, ale niektórzy myślą, że ja jestem sieknięty, albo nawet coś jeszcze gorszego. Jednak ja taki właśnie jestem i taki jest mój stosunek do świata.

Nawiązując wreszcie do tego kłaniania się: Jak by się Pan czuł, gdyby Pan zobaczył kogoś rzeczywiście w pokłonie przed Pańskim zdjęciem?

Było by ładnie, bo ten kto by się kłaniał oddawał by mi szacunek.

To dlatego pokazuje Pan jak to robić?

Oczywiście, po to kłaniam się ja. Robię tak zawsze kiedy przechodzę obok i jeśli jest trochę ludzi w knajpie. Potem podchodzę do barku i zamawiam co tam chcę.

A jakie są Pana ulubione kwiaty? Jeśli mnie Pan ładnie poprosi, to przyniosę kiedyś pod zdjęcie.
Bardzo lubię żonkile, ale one są bardzo krótko. Konwalie też lubię i one też są tylko w maju. Chryzantemy niektóre są piękne, ale te znów kojarzą się wyłącznie z cmentarzem. Zupełnie bez sensu. Ale same kwiaty mogą też być zasuszone. Zawsze będą dłużej stały.

Tak, faktycznie. Ale mnie Pan nie poprosił. Nie chce Pan tych kwiatków?

Ja kwiatki bardzo lubię, ale wolę Panią rzeczywistą. Wolę z Panią rozmawiać. I właśnie zapytam: czy mogę Panią pocałować? Proszę pamiętać, że będzie to robił Misiu.

Cóż mi pozostaje? Niech Pan spróbuje.

x

Zobasz także

15. MFF WATCH DOCS

Od 20 do 25 października we Wrocławiu odbywać się będzie się 6. American Film Festival. ...