Małopolska kupa pobożnych

Czytając ten tytuł mogło Państwu przyjść do głowy naprawdę wiele różnych rzeczy. Jedną z nich mógł być nawet produkt ostateczny naszego układu wydalniczego. Jednak nie, wcale nie i w żadnym wypadku nie. Temat związany jest, o dziwo, z Mszą Świętą. Byłam w te wakacje w Krakowie, a właściwie jakieś 20, 30 kilometrów pod Krakowem.

Właśnie tam – pod Krakowem - mamy sypiący się ze starości dom i dużą dość część rodziny. Punktem kulminacyjnym i zarazem końcowym mojej tegorocznej wizyty w Krakowie był ślub w katedrze wawelskiej mojego kuzyna Zbyszka. Msza ślubna była trochę zakręcona, bo kapłan stał tyłem do wiernych, czyli ryt trydencki. Na niby jednak, bo łaciny nie było w tym w ogóle. Wszędzie i w każdym momencie królował za to język polski. Stąd, według mnie, to zakręcenie. Później, po ślubie, do nowożeńców ustawił się, jak to zwykle bywa, bardzo długi ogonek osób z życzeniami. Całe ich mnóstwo. Może więc o taką kupę chodzi? Było to po Mszy Świętej, a przecież o Mszy Świętej miało być. Znowu nie, wcale nie i w żadnym wypadku nie. Sprawa sprowadza się do uczestniczenia w Eucharystii na zewnątrz kościoła, a właściwie do tego, że każdy odpust w okolicach Krakowa i w sumie również każda Msza Święta, wiąże się z tym, że zawsze w okolicy danego kościoła, wliczając w to parkingi, jest tłum ludzi. A co świątynie? Ich drzwi zwykle są otwarte na oścież, a wnętrza świecą pustkami. Mój Mikołajski, gdy kiedyś przejeżdżaliśmy koło jednego takiego odpustowego kościoła, a ja zwróciłam uwagę na jego pustynię wewnątrz, powiedział: „Ta..., a tu kupa pobożnych przed”. I jakoś tak przyczepiła się ta kupa do mnie i wcale nie chce się odczepić. Ona żąda wręcz bycia opisaną, a ja, jako zagorzała przeciwniczka kościelnych pustyni, z ogromnym zapałem to czynię.

Prawo

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego wiemy, że katolik powinien aktywnie uczestniczyć w każdej Mszy Świętej. Aktywnie, czyli jak? Nasze „uczestnictwo winno być świadome i uobecniające”. Ta, jakby na to nie spojrzeć, prawdziwa zagadka językowa wynika z faktu, że polskie tłumaczenie łacińskiego „participatio actuosa” jest nadzwyczaj nieszczęśliwe. Na Mszy Świętej musimy po prostu pokazać się w sposób oczywisty, a więc: po pierwsze słuchać uważnie Słowa Bożego, wcielać je w codzienność, a później obserwować jego oddziaływanie na nasze życie. Po drugie uobecniamy się również odpowiadając właściwie, czyli ani nie za cicho, ani nie za głośno, na wezwania mszalne i aklamacje. Robimy to po trzecie przybierając też odpowiednią postawę i po czwarte wykonując, kiedy trzeba, stosowne gesty. Szczególnie zaś uobecniamy się po piąte poprzez śpiew i muzykę. Jednak przede wszystkim i po szóste liczy się nasze wewnętrzne kontemplowanie tajemnicy Ofiary Mszy Świętej. Na zewnątrz kościoła natomiast możemy być z biegającymi – zawsze - dziećmi, aby te mogły sobie spokojnie polatać i nawet popłakać, jeśli się przewrócą. Bo wtedy na pewno nie zakłócą porządku Mszy Świętej, po prostu szans nie mają. Natomiast jeśli dzieci nie mamy, zostają nam jeszcze dwie sytuacje uczestnictwa we Mszy Świętej na zewnątrz kościoła. Pierwsza: kiedy jest tłok (w okolicach Krakowa było, pewnie stale jest, zupełnie odwrotnie – jeszcze raz pytam dlaczego?). Druga: podczas upałów (w Krakowie upałów było jak na lekarstwo, wciąż padał deszcz i raczej zmywał wszystkie wyższe temperatury) - wtedy w kościele panuje prawdziwa duchota, a do tego dochodzi jeszcze czasami kadzidło. Zdecydowanie lepiej, a i zdrowiej, pozostać wówczas na świeżym powietrzu. Msza Święta jest przecież najważniejszym ceremoniałem Kościoła rzymskiego. Zresztą odróżnia ona katolicyzm od większości pozostałych Kościołów chrześcijańskich. Wiara i miłość do Boga wymaga ponadto od katolików czegoś więcej niż tylko samej fizycznej obecności w kościele, w którym sprawowana jest Msza Święta. Oni muszą się zaangażować wewnętrznie w liturgię eucharystyczną i w ten sposób uobecnić się w kościele.

Chryzantemy

Uczestnictwo we Mszy Świętej wymaga aktywnego i płynącego z wnętrza serca włączenia się we wspólne modlitwy, aby razem z wspólnotą Kościoła uwielbiać Boga, prosić Go i przepraszać za wszystko, dziękować i wynagradzać Mu za doznane zniewagi i obrazy. Modlitwa w kościele, czyli we wspólnocie, to, dla niektórych niestety, a dla niektórych stety, coś więcej niż modlitwa w domu lub gdzieś na łonie przyrody, kiedy ptaszki śpiewają dookoła. Chociaż to tak naprawdę może być najprzyjemniejsze na świecie. Św. Jan Chryzostom pisze:„Nie możesz modlić się w domu tak jak w kościele, gdzie jest wielka rzesza i gdzie wołanie do Boga unosi się z niejednego serca. Jest w tym jakieś zjednoczenie umysłów, zgodność dusz, więź miłości i modlitwy kapłanów”. Trudno jest zatem nazwać uczestniczenie we Mszy Świętej na zewnątrz kościoła prawdziwym uczestniczeniem we Mszy Świętej.

Starozakonna końcówka


Strasznie dawno, bo przed II wojną światową, w jednej z podkrakowskich wsi niedaleko od kościoła stała żydowska karczma. W którąś niedzielę chłopcy z tamtejszej parafii, zamiast pójść do kościoła, poszli sobie właśnie do tej karczmy. W swoich rozmowach zaczęli między innymi kpić sobie z księży, z praktyk religijnych i w ogóle ze Mszy Świętej. Właściciel karczmy, stary Żyd, przez jakiś czas słuchał spokojnie tej rozmowy. Wreszcie nie wytrzymał, podszedł do chłopaków i powiedział im: „Wy katolicy, gdybyście wiedzieli co naprawdę odbywa się w Waszym kościele, jakie tam macie skarby, to byście szli do kościoła na kolanach”. Kiedy pomyślę sobie o tych widzianych przez mnie kupach pobożnych, to chce mi się dodać: i garnęlibyście się do środka jak pszczoły do cukru.
Data: 04.01.2012, godzina: 14:59:43. Autor: Natalia Mikołajska