Dokąd podąża Jezus?

Czy zastanawiali się już Państwo kiedyś nad tym gdzie się Państwo znajdą, jeśli zdecydują się faktycznie podążać za Jezusem? Tyle zawsze mówi się o konieczności pójścia w Jego ślady, ale co to znaczy, gdzie to jest i dokąd tak naprawdę prowadzą Jego kroki? Pójść w czyjeś ślady znaczy po prostu tego kogoś naśladować. Nic prostszego... wiemy, że Jezus był dobry, sprawiedliwy, miłosierny, litościwy. On po prostu kochał. Mamy więc miłować wszystkich: bez wyjątku i bezwarunkowo.

Nic nowego. Czy tylko? Tak, chyba... w przypadku Jezusa, reszta uczuć takich, jak dobroć, czy przyjaźń przyjdzie do nas jakoś tak sama z siebie i objawi się w naszym zachowaniu później. Wystarczy, że będziemy się o to modlić. Czekajmy cierpliwie... ale nie bezczynnie. Pomyślmy sobie o faktycznym, fizycznym miejscu, w którym się znajdziemy, jeśli będziemy chcieli podążać za Nim na poważnie. A więc gdzie? Dużo na ten temat napisane jest w Biblii, a w Ewangelii św. Łukasza, jest nawet pewien szczególny rozdzialik, dokładnie piętnasty, który mówi nam o tym lepiej niż jakikolwiek inny fragment Pisma Świętego. I co takiego my tam mamy? Cóż, tutaj potrzebny jest po pierwsze mały wstęp: wszyscy wiemy, że cokolwiek Jezus mówił, zawsze było to ważne i nadal takie jest, ale czasami w Ewangeliach widzimy, że powtarzał coś dwukrotnie, aby podkreślić znaczenie danej rzeczy, którą nam objawiał. Koniec wstępu. W piętnastym Łukaszu mówi nam o tej samej prawdzie nie tylko dwukrotnie, ale nawet trzykrotnie. Już to samo świadczy o wadze tego, co chciał powiedzieć. Dodatkowo, aby pomóc nam lepiej zobaczyć tę prawdę, za każdym razem zachowuje się jak prawdziwa skarbnica oratorskich pomysłów i używa innej sytuacji opisowej.

Owca, moneta, marnotrawstwo i skupienie Boga


W pierwszej sytuacji mamy opisanego pasterza, który zostawia swoje stado z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma owcami i wyrusza na poszukiwanie jednej zagubionej. Opis kończy się słowami:” Powiadam wam: Większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się opamięta, niż ze sprawiedliwych, którzy nie potrzebują opamiętania”. W drugiej sytuacji widzimy kobietę, która zgubiła drachmę i zostawia teraz na boku swoje dziewięć innych drachm i szuka tej jednej zgubionej. Znalazłszy ją, komunikuje o całym zdarzeniu swoim sąsiadkom i wszystkie się radują. Ten opis kończy się słowami: „Taka, mówię wam, jest radość wśród aniołów Bożych nad jednym grzesznikiem, który się opamięta”. Trzecia sytuacja to przypowieść o marnotrawnym synu. Streszczać jej nie będę, bo myślę, że wszyscy ją znają i wiedzą jak wielka jest radość ojca z powodu powrotu zagubionego syna. Mamy więc trzy podobieństwa, a w każdym z nich mamy dwie kategorie: coś, co znajduje się we właściwym miejscu – dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, dziewięć monet i jeden syn – oraz to, co znajduje się w miejscu niewłaściwym -jedna owca, jedna moneta i ponownie jeden syn, choć już w nieco innym znaczeniu. Na której z tych dwóch kategorii Bóg, którego symbolizują pasterz, kobieta i ojciec, jest bardziej skupiony? Oczywiście na miejscu niewłaściwym. Serce pasterza, który zostawia na pustyni dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i szuka jednej zagubionej nie może żyć ze świadomością, że ta jedna pojedyncza owieczka, która jest jego własnością i która była przez niego kupiona, teraz zginęła i już jej nie ma. Jego myśl, że coś, co naprawdę należy do niego, zaginęło, sprawia, że zostawia on całe swoje stado – dziewięćdziesiąt dziewięć sztuk i skupiony jest na szukaniu tej jednej zagubionej. Szuka tak długo, aż ją znajdzie. Kobieta z kolei skupiona jest całkowicie na zagubionej monecie. Wydaje się wręcz, że nie myśli wcale o pozostałych dziewięciu, które jednak leżą w trakcie poszukiwań w bezpiecznym miejscu. Trzeci przykład to ojciec, który wypatruje za swoim synem długo przed jego nadejściem. Na tym też był skupiony już od dawna, nawet pomimo tego, a może właśnie dlatego, że nie mógł powstrzymać go przed odejściem, ponieważ chłopak miał wolną wolę. I jeśli popuścimy wodzę naszej wyobraźni, to zobaczymy ojca stojącego i wpatrzonego w horyzont, który czeka spokojnie na ten dzień, kiedy jego zagubiony syn powróci. Zresztą dlatego tylko, że czekał tam, mógł zobaczyć swojego syna, kiedy ten był jeszcze daleko i mógł też wybiec, aby go przywitać. Dlaczego tak zrobił? Ponieważ był o niego po ojcowsku zatroskany. Ot co. Ojciec tak bardzo uczcił swojego syna, a właściwie jego powrót i okazał mu w ten sposób tyle miłości, że jego drugi syn, który podczas wyprawy swojego brata w niewłaściwe miejsca był w miejscu właściwym, stał się po prostu o niego zazdrosny. Tego rodzaju uwagę i takie skupienie Bóg chce okazać wszystkim zgubionym. I robi to. Naprawdę, znam to z autopsji.

Do zgubionych

Zapytam raz jeszcze: dokąd podąża Jezus? Na pewno w miejsce niewłaściwe. Nie da się tego ukryć, ani obejść w żaden sposób. Ale miejsce to wydaje się być bardzo niewłaściwe nie dla Niego. On po prostu zawsze jest w drodze, żeby znaleźć zagubioną owcę. I tyle, albo raczej aż tyle. Znowu popuszczamy wodze wyobraźni i widzimy teraz oczy Jezusowe, które spotykają wzrok zagubionej owieczki i patrzą jej głęboko w duszę. Potem Jezus mówi: „pójdź za mną”. Za chwilę dodaje też: „Czy podążysz za mną tam, gdzie ja idę? Idę znaleźć kolejną zagubioną owcę”. Tak więc jeśli na poważnie chcemy podążać za Jezusem, to właśnie tam za nim pójdziemy – do zgubionych. I nie można tutaj myśleć: „ja nie mam jednak takiej wielkiej miłości jak On do zgubionych. Nie podołam. Nie starczy mi siły”. Trzeba się o tę miłość modlić, a wtedy nasze serce może się powiększyć dla zgubionych właśnie. Bowiem podążanie za Jezusem oznacza szukanie, znajdywanie i ratowanie tego, co zginęło. Łukasz pisał jeszcze w swojej Ewangelii to, co tylko podkreśla przesłanie tego artykułu: „przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło” (Łuk 19.10 ).
Data: 04.01.2012, godzina: 08:38:00. Autor: Natalia Mikołajska